27 III 1927

Jacek Kajetan Sempoliński urodził się w Warszawie jako syn Leonarda, fotografika (1902-1988) i Eugenii z domu Kozłowskiej.

1935 - 1943

Naukę w szkole powszechnej rozpoczął w 1935 w Legionowie. W 1940 ukończył VI klasę szkoły powszechnej nr 161 przy ul. Ożarowskiej w Warszawie. Następnie uczył się w prywatnym gimnazjum handlowym im. Marii Berutowej przy ul. Wierzbowej w Warszawie.

1943 - 1944

Uczył się w konspiracyjnej Szkole Malarstwa i Rysunku im. Konrada Krzyżanowskiego w Warszawie, prowadzonej przez Adama Rychtarskiego.

Prywatna Szkoła Malarstwa i Rysunku została założona przez Konrada Krzyżanowskiego w 1900, reaktywowana w 1918. W latach 1919-1922 asystentem Krzyżanowskiego był Adam Rychtarski. Od 1922 aż do Powstania Warszawskiego szkoła kontynuowała pracę pod jego kierunkiem jako Szkoła Malarstwa i Rysunku im. Konrada Krzyżanowskiego. Mieściła się na najwyższym piętrze kamienicy przy ul. Poznańskiej 23.

Obraz twórczości i działalności tego znakomitego artysty powinien być czysty i nie zmącony niczym co przypadkowe, niczym co wobec tej twórczości zewnętrzne. Mamy bowiem przed sobą jego dzieła. Jeśli jednak wspominamy niełaskawe dzieje recepcji sztuki tego malarza to dlatego, że można tu dostrzec zagadnienie ogólniejsze. I Rychtarski będzie wtedy zjawiskiem objętym pewną prawidłowością. Nie raz bowiem życie i twórczość artysty biegło niedokładnie dostrzeżone i nie raz wypływało po latach jako ważny wkład w kulturę. Rychtarski nie jest osamotniony – tkwi w grupie tych wielu, co pojmowali swe powołanie na tyle serio, że wszelkie zabiegi popularyzacyjne uważali za nie dość istotne. Zbyt pochłonięci byli samą sztuką by starczyło im energii na wychodzenie ku ludziom. A ludzie są w tym posłuszni: odwzajemniają bardzo chętnie brak zainteresowania. […]

Adam Rychtarski należał do pokolenia, w którym malarz był artystą. Nie czas wyjaśniać co to znaczy. Wystarczy, że przypomnimy sobie znaczenie artyzmu. Wszystko co robił naznaczone jest piętnem konieczności wewnętrznej, wielkością ale i znikomością twórczości. Wszystko odnosi się do prawd ukrytych. […] Rychtarski miał tę cechę dawnych artystów, że studium było jego codziennością. Ono stanowiło lekcję skromności, było pomostem, dzięki któremu nie wiadomo kiedy jabłka na talerzyku przenoszą nas w uogólniony obraz egzystencji. Studia te malowane były w nabożnym skupieniu i my, uczniowie, ten stan skupienia panujący w pracowni naszego Profesora odczuwaliśmy i zapamiętaliśmy.

Jacek Sempoliński, fragment wstępu do katalogu: Adam Rychtarski (1885-1957). Malarstwo, Zachęta, Warszawa 1981

1944 / 1945

Podczas Powstania został wysiedlony z Warszawy, końca wojny doczekał w Podkowie Leśnej.

1945 - 1946

W 1945 został przyjęty do I Miejskiego Gimnazjum Handlowego przy ul. Brzeskiej w Warszawie, które w tymże roku ukończył, uzyskując tzw. małą maturę. Dłuższa choroba uniemożliwiła mu wstąpienie na studia bezpośrednio po ukończeniu szkoły średniej.

1946 - 1951

Studiował malarstwo w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Przez pierwsze cztery lata (do roku akademickiego 1949/50) jego profesorem malarstwa sztalugowego i ściennego oraz rysunku był Jan Seweryn Sokołowski. W 1950 nastąpiła reforma uczelni, która po połączeniu się z Wyższą Szkołą Sztuk Plastycznych przyjęła nazwę Akademii Sztuk Plastycznych. Jednym ze skutków tej reformy było wydłużenie czasu studiów z dotychczasowych 4-letnich na 5-letnie. Na V roku (1950/51) studiował malarstwo pod kierunkiem prof. Eugeniusza Eibischa. Poza malarstwem i rysunkiem zaliczył następujące przedmioty: historię sztuki u prof. Ksawerego Piwockiego (II-IV rok), historię doktryn artystycznych u prof. Juliusza Starzyńskiego (V rok) oraz technologię malarstwa, perspektywę, anatomię, kompozycję brył i płaszczyzn. Podczas wakacji przebywał w domu plenerowym ASP w Suffczynie (w 1946, 1947 i 1948).

– Czy pamięta Pan Profesor wystawę „Młodzież walczy o pokój” – 1950 rok? […]
– Pamiętam, oczywiście, to nawet połączone było z dramatycznym momentem mojego życia… […]
Dyrektywy socrealistyczne były już w Akademii obecne, ale ja się do nich nawet nie przymierzałem. Natomiast ogólna atmosfera była taka, czy nie należałoby przełamać wypielęgnowanych estetyzmów, uformowanych na modelu kapistowskim. Zastanawiano się, czy nie są one ograniczeniem sztuki, podobnie jak brutalne założenia socrealizmu, dyskutowano nad wyprowadzeniem malarstwa z ogrodu postimpresjonistycznego na drogę artystycznie bardziej surową i ideową. I wtedy właśnie powstała myśl o zorganizowaniu ogólnopolskiej wystawy młodych. […] Rozdawano farby, blejtramy – i pomyślałem sobie, a było to akurat przed wakacjami, że może się skuszę. […] Wziąłem to wszystko do Kazimierza i zacząłem się do całej tej idei przymierzać. Wybrałem sobie jako temat epizod z wojny domowej w Hiszpanii. Byłem wówczas zafascynowany Hiszpanią, kulturą hiszpańską, wyobrażonym krajobrazem hiszpańskim – więc pomyślałem sobie, że przedstawię właśnie sceną w krajobrazie: w tle jakieś Toledo, z przodu coś się dzieje, jakiś zabity…
I zacząłem to malować. Koleżanka miała ze sobą aparat fotograficzny więc ułożyłem kolegów na kamieniach w odpowiednich pozach, ona mi to parokrotnie sfotografowała, przystąpiłem do malowania i… w połowie pracy to wszystko porzuciłem. Nawet nie ze wstrętu, tylko ze świadomością, że to nie jest mój temat, nie moja droga, więc nie ma powodu się przymuszać i okłamywać. […]

Więc był to moment dramatyczny: spróbowałem i odpadłem. Odpadłem ze świadomością, że ta droga jest dla mnie zamknięta, że życie moje muszę ukierunkować inaczej. Nie wiedziałem tylko, czym za to zapłacę. Przyszłości nie dało się przewidzieć. Każdy się liczył z tym, że być może całe życie w Polsce zejdzie mu na malowaniu socrealistycznych obrazów. […]
Wkrótce potem skończyłem studia nie robiąc dyplomu. Dlatego, że praca dyplomowa polegała na namalowaniu kompozycji tematycznej. […] Miałem absolutorium wpisane do indeksu – czyli ukończone studia. Na tej podstawie mogłem już zapisać się do ZPAP.

Polski socrealistyczny epizod i mój z nim epizod prywatny sprawiły, że pomyślałem sobie: może w takim razie zajmę się scenografią. Miałem do tego smykałkę jeszcze z dzieciństwa, poszedłem więc na wydział scenografii, gdzie gwiazdą był wtedy Daszewski, wybitny scenograf, uchodzący za niezmiernie srogiego profesora, który ścina każdego, kto się do niego zbliży. […] Potem zdarzył się „Arsenał”, zaangażowałem się w malarstwo i oświadczyłem Daszewskiemu, że ze scenografii rezygnuję. Zrobił mi dziką awanturę […].

Jacek Królak, „Arsenał”. Praca magisterska wykonana pod kierunkiem prof. Jacka Sienickiego, Akademia Sztuk Pięknych, Wydział Malarstwa, Warszawa 1988, mpis w Muzeum ASP

1949 - 1952

Współpracował z Janem Sewerynem Sokołowskim przy jego projektach monumentalnych: plafonu w Teatrze Narodowym (1949, spłonął w marcu 1985) i konkursowym projekcie wnętrz warszawskiego metra (1952). Oficjalnie jego nazwisko nie figuruje w dokumentacji tych prac, bowiem jako student nie był jeszcze do tego uprawniony.

1951 - 1953

Po ukończeniu V roku malarstwa wystąpił o absolutorium (które otrzymał 6 XI 1951), wstępując jednocześnie na Wydział Scenografii, gdzie studiował w latach 1951/52 i 1952/53 pod kierunkiem prof. Władysława Daszewskiego. Od 1952 łączył naukę z pracą zawodową. 1957).

przed V 1952

Zdobył I nagrodę na ogólnopolskiej wystawie prac studentów scenografii, odbywającej się w ASP w Warszawie.

26 V - 23 VII 1952

Uczestniczył w I Ogólnopolskiej Wystawie Architektury Wnętrz i Sztuki Dekoracyjnej w CBWA Zachęta, Warszawa, prezentując na niej makietę scenografii do „Andromachy” Racine’a.

1952 - 1953

Pracował jako asystent scenografa Teatru Narodowego (jednocześnie jego profesora na ASP) Władysława Daszewskiego, m. in. przy scenografii do „Zemsty” Fredry (za inscenizację tę zespół: Bohdan Korzeniewski, Władysław Daszewski i Jan Kurnakowicz otrzymał w 1953 Nagrodę Państwową II stopnia).

1953 - 1957

Działając w zespole z Janem Sewerynem Sokołowskim i Zofią Czarnocką-Kowalską, a także samodzielnie, zaprojektował i wykonał dekoracje (sgraffito i polichromia) odbudowanych kamieniczek Starego i Nowego Miasta w Warszawie: Rynek St. Miasta 8 i 22/24 (w zespole), Rynek Nowego Miasta 4 oraz ul. Nowomiejska 17 (samodzielnie).

22 VII 1953

Otrzymał Państwową Nagrodę Artystyczną II stopnia (zespołową) – za twórczy wkład w realizację polichromii Rynku Starego Miasta w Warszawie.

1954

Otrzymał Złoty Krzyż Zasługi (za prace przy polichromii kamieniczek na warszawskiej Starówce).

I - III 1955

Odbywał służbę wojskową w Warszawie.

…kiedy akurat do malarstwa ściennego się zniechęciłem, powstała idea wystawy w Arsenale. W pracach organizacyjnych i rozmowach – natężonych – nie mogłem brać udziału dlatego, że złapano mnie do woja. Byłem w wojsku trzy miesiące, wprawdzie w Warszawie, wykonywałem jakąś pracę biurową w WKR-ze, mieszkałem w domu, ale wszystko jedno: było to tak przygnębiające, że nie miałem już siły, żeby gdzieś jeździć i uczestniczyć w rozmowach.

Z wojska wyszedłem 1 kwietnia, kiedy ustalony był już termin składania prac na wystawę. W międzyczasie jednak udało mi się uprawiać malarstwo, pomimo teatru i innych zajęć, oczywiście nie w takim rozmiarze, w jakim należało, ale jednak malowałem sporo obrazów. Po wyjściu z wojska mogłem skończyć obraz, który malowałem dorywczo. Zaniosłem ten i jeszcze dwa inne […] ostał się jeden, martwa natura, do której przywiązywałem największą wagę.

I ten moment był dla mnie niezmiernie ważny – dlatego, że na powrót skonsolidował mnie ze środowiskiem malarskim po tych wszystkich przygodach i zniechęceniach. Uświadomił mi właściwą drogę: że nic innego nie może w moim życiu istnieć ponad malarstwo.

Jacek Królak, „Arsenał”… jw.

Niezależnie od tego, jak młodzi ludzie ustosunkowywali się do formuł kapistowskich, wyczuwali ową zgodność idei i realizacji, z jaką spotykali się w pracowniach i w rozmowach z profesorami. Rozumieli, że sztuka jest sposobem manifestowania światopoglądu, jest z nim immanentnie złączona i nawet jeśli nie zawsze sam światopogląd i sama doktryna plastyczna zgodna była z przeczuciami młodych, to właśnie owa integralność była pociągająca. Tamci młodzi głęboko wierzyli sami w integralność, spełniała ona ich marzenia o wielkiej sztuce, o humanistycznej koncepcji życia.

Pod sam koniec lat czterdziestych zaczęły docierać do Akademii wieści o nowym, powszechnym kierunku w sztuce – o realizmie. Nazwany on został socjalistycznym. Te wieści przenikały z prasy, z publikacji, z sesji naukowych, z rozmów z kolegami wtajemniczonymi w przebieg życia politycznego. Ukoronowaniem tego okresu był sławny zjazd szkól artystycznych w Poznaniu połączony z gigantyczną studencką wystawą przeglądową. Następnie zmontowano w warszawskim Muzeum Narodowym równie gigantyczną wystawę młodych już całkowicie poświęconą realizacji nowej doktryny. W tym też czasie odbyła się pierwsza realistyczna wystawa ogólnopolska „dorosłych”. Lata 1949-50 – to okres wielkiego zamętu w pojęciach, wielkich przewartościowań; okres protestu jednych, wielkich nadziei innych. Oto miało powstać coś, co będzie prawdziwie nowe, niezależne od École de Paris, coś co w swym uniwersalizmie ma szansę stać się prawdziwie wielkim okresem sztuki. Wszystkie luki nowej doktryny, jej prymitywizm obdarzano jakby ulgową taryfą, najwyżej były tematem dowcipów czy fragmentarycznych rozdrażnień. Na ogół bowiem młodzi, ale nie tylko młodzi, zafascynowani byli możliwością odmiany, ciekawością nowego i nieznanego, ciekawością sztuki, którą sami przecież bez wzorów mieli zrobić. Do ogólnopolskiej wystawy młodych środowisko warszawskie przygotowywało się bardzo poważnie. Rozdzielono stypendia, materiały malarskie, organizowano dyskusje. Dyskusje zresztą toczyły się też w trybie prywatnym. Ówczesne kawiarnie, zgrupowane w pobliżu Akademii, ze słynnym „dołkiem” na czele, wrzały od rozmów, kłótni; rodziły się pomysły i koncepcje. Nawet sceptycy „nowego” pociągnięci zostali intensywnością tamtej atmosfery. Wreszcie wystawa została otwarta. Była ona wielkim zaskoczeniem i… rozczarowaniem. Coś, co miało być wielkie, stało się przeciętne, by nie rzec – mierne czy wręcz kiepskie. […] Ale nie sam wygląd wystawy tak głęboko rozczarował młodych malarzy. Również coś głębszego. Wielu bowiem potraktowało sztukę realizmu socjalistycznego jako szansę wielkiego eksperymentu, jako drogę twórczą, gdzie nie tylko można malować nowego typu obrazy, ale – i przede wszystkim – znaleźć w żmudnym trudzie nowy rodzaj integracji światopoglądu z praktyką artystyczną. Wszyscy przecież, jak wspomniano, wierzyli głęboko w tę integralność. Dla wszystkich sztuka była sposobem manifestowania idei i światopoglądu. Tym żyli i przed Akademią i już jako studenci w pracowniach swych mistrzów. I jeśli większości znudził się już kapizm, to jednak nikt nie chciał się rozstać z potrzebą integralności – ona nie znudziła się nikomu. Ci, którzy przeżyli głęboko wstrząs wojenny, nawet załagodzony radością odnowy życia po wyzwoleniu, pragnęli znaleźć wyraz dla tamtego wstrząsu i dla rzeczywistości powojennej. Młodzież miała potrzebę zaktywizowania złóż świadomości, w których głęboko zakorzeniły się doznania historyczne, przełożenia na język sztuki tych ze swych poglądów, które wytworzył ów bieg historii najnowszej. Towarzyszyła temu nadzieja, że w spokoju i pracy artystycznej można będzie dokonać wielkiego „przegrupowania” estetyk, doktryn, nawyków własnych, chwilowych zamiłowań; że zaczynając niejako od zera, poprzez twory nieudane lub częściowo tylko zrealizowane uda się dojść do dobrych rezultatów. Te szczytne ambicje w praktyce życia artystycznego zostały zachwiane. Nie ma powodu rozwodzić się szerzej nad właściwościami omawianego okresu – dokonano już dawno z nim rozrachunku. Warto natomiast podkreślić wagę istotnego, wykraczającego jakby poza samą plastyczność, kryzysu, jako dotknął ambitniejszą część młodzieży. Zachwiana została oto wiara w możność integrowania światopoglądów i postaw z praktyką artystyczną. To wszystko, czym z głębokiego przekonania powodowano się w sztuce – czy to wspominając dawne wzory, czy uprawiając estetykę koloryzmu, czy próbując estetyki realizmu – zostało zachwiane. Ta jedność osoby tworzącego i jego utworów, istniejąca skroś poglądów i kierunków jako główny motyw działania, rozbiła się. […]

W tej atmosferze powstał pomysł zorganizowania nowej wystawy młodych w okresie mającego się odbyć w Warszawie Światowego Festiwalu Młodzieży. Jak wiadomo, wystawa została otwarta w salach warszawskiego Arsenału. Stała się historyczną już manifestacją artystyczną. Na jej temat pisano wiele i pisze się wciąż na nowo. Nie warto więc powtarzać tutaj tego, co przeczytać można gdzie indziej. Z jedną wprawdzie poprawką: zawsze podkreśla się w publikacjach o Arsenale cechy niejako stylistyczne tej wystawy. Jej ekspresjonistyczny charakter (często obcego pochodzenia), nawet epigonizm, tradycjonalizm, brak propozycji idących w kierunku awangardowych nurtów sztuki światowej. Niezależnie od tego, ile w tych charakterystykach i krytykach wystawy było słuszności, na ile diagnozy były rzetelne i pogłębione, wypada podkreślić jedną cechę istotną. Arsenał, potocznie nazwany świetną wystawą słabych obrazów, był nową próbą stworzenia modelu sztuki, gdzie powrócić miała po latach uśpienia integralność artysty, owa zgodność praktyki z postawą, idei z jej rozwiązaniem. Jeśli wziąć pod uwagę tę perspektywę, Arsenał nie był odświeżeniem ducha wystaw ogólnopolskich, a wystaw tych zaprzeczeniem. Dlatego był tak pociągający, dlatego inne środowiska twórcze (literaci, muzycy) zazdrościli go nam. San duch Arsenału był zjednujący, a nie estetyka ekspresjonistyczna. Siła autentyzmu i tożsamości artystycznej pokonywała wiele oporów. Współczesne życie w jego wieloplanowości, koszmar wojny i totalitaryzmu zadźwięczały w sposób przekonywający. Nie brak było na wystawie również prac będących pogłębioną refleksją o samej egzystencji ludzkiej, o potrzebach niejako odwiecznych człowieka. Była to więc manifestacja sztuki złożona i skomplikowana, „trójwymiarowa”, a przez swą zgodność idei z artyzmem budząca nadzieje na przyszłość.

Jacek Sempoliński, Malarstwo w ASP w latach 1946-1955 [w:] Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie. Zeszyty Naukowe, Zeszyt 1/7/1984, s. 26-30

VII - IX 1955

Wziął udział w Ogólnopolskiej Wystawie Młodej Plastyki pod hasłem „Przeciw wojnie – przeciw faszyzmowi”, zorganizowanej z okazji V Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów w Warszawie. Wystawa miała miejsce w gmachu Arsenału na ul. Długiej, od którego wzięła nazwę.

Za obraz „Martwa natura z zegarem” otrzymał nagrodę (jedną z 41 równorzędnych). Obraz został zakupiony przez Ministerstwo Kultury i Sztuki za 2500 zł; obecnie znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie.

Uczestniczył też w zredukowanej edycji wystawy w Arsenale pn. „Junge Generation. Polnische Kunstausstellung. Malerei, Bildhauerei, Plastik”, eksponowanej w Berlinie (NRD) i Lipsku w 2. połołowie 1956.

W istocie „Arsenału” to było pociągające, że nie było tam żadnej dyrektywy stylistycznej, takiej jak np. realizm, abstrakcjonizm, surrealizm itd. Była idea otwartości i rzetelności powiedzenia prawdy o sobie w zderzeniu z rzeczywistością. Nie było tworzenia a priori żadnych dyrektyw. W takiej postawie zawarte są wartości egzystencjalne, na które człowiek jest skazany nieodwołalnie. Nie uwolni się od nich, nie uwolni się od samego dramatu twórczości. Malarstwo w taki sposób ujawniające tę ludzką niewolę wobec bytu ma odcień wyroku. Czasem nawet wyroku głównego. Otóż, ludzie tworzący „Arsenał” to tacy właśnie skazańcy, którzy nie mogli, nie byli w stanie manewrować swoją twórczością, którzy mogli być tylko takimi, jakimi są. O ile pamiętam, to było nam ze sobą nieźle.

Publiczność wobec sztuki, „Biuletyn Rady Artystycznej ZPAP” 1979 nr 2 (135) s. 11

19 X 1955 - 11 I 1956

W związku z planowaną pracą na ASP podjął starania o uzyskanie zaległego dyplomu.

W podaniu o przyznanie dyplomu z 19 X 1955 „z powodu objęcia stanowiska asystenta na wydziale architektury ASP” (por. 1 I 1956) pisał: „Składając niniejsze powołuję się na prace wystawiane na wystawach (okręgowa 1954 i festiwalowa w Arsenale – nagrodzona), prace z zakresu malarstwa ściennego na Starym Mieście (nagroda państwowa II stopnia i złoty krzyż zasługi) oraz prace przedstawione Komisji Dyplomowej w liczbie pięciu.”

Na podstawie tych prac i wymienionych w piśmie osiągnięć Komisja Dyplomowa ASP decyzją z dn. 11 I 1956 przyznała mu dyplom z malarstwa.

1 I 1956

Podjął pracę pedagogiczną w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, którą kontynuował do do 30 września 2004, kiedy to przeszedł na emeryturę. Do 1977 uczył na Wydziale Architektury Wnętrz (od roku akad. 1971/72 nosił on nazwę Wydziału Projektowania Przemysłowego), gdzie zajmował kolejno następujące stanowiska:

  • od 1 I 1956 zastępca asystenta w pracowni malarstwa i rysunku prof. Zofii Czarnockiej-Kowalskiej
  • od 1 X 1956 asystent tamże
  • od 1 X 1961 adiunkt
  • od 1 X 1964 wykładowca
  • od 1 XII 1969 starszy wykładowca
  • od 1 I 1973 docent
  • od 1 IV 1988 profesor nadzwyczajny
  • od 1 XII 1991 profesor zwyczajny

 

Od chwili wyodrębnienia się z wydziału, w którym dotychczas wykładał, nowego Wydziału Wzornictwa Przemysłowego, co nastąpiło w 1977, był jego pracownikiem naukowym. Od roku akademickim 1980/81 pełnił funkcję kierownika Katedry Malarstwa i Rzeźby (z przerwą od II 1983 do VIII 1985, kiedy katedrą, noszącą wówczas nazwę Katedry Kształcenia Ogólnoplastycznego, kierował Grzegorz Kowalski).

J. S.: […] Artysta jest to dla mnie taki człowiek, który ma powiedzieć o czymś prawdę. I już. Rozróżniać można tylko pomiędzy takimi, którzy mówią prawdę i takimi, którzy mówią nieprawdę, a jak tę prawdę wytropić, no to już jest sprawa bardzo trudna. To na Sądzie Ostatecznym dopiero się ściśle rozstrzygnie. Na razie nie.

M. B.: Jak zatem ma się do tego problem oceniania dzieł sztuki z pana punktu widzenia jako profesora ASP w Warszawie? Skoro niełatwo wytropić nieprawdę, jak można rzetelnie i obiektywnie oceniać obrazy stawiając piątkę czy dwójkę za sztukę? Czy ma pan jakieś stałe kryterium, według którego ocenia pan studentów?

J. S.: Nikt z nas nie wymyśla kryteriów tak od razu, od punktu zero. Z pokolenia na pokolenie przejmuje się jakiś zespół kryteriów. Jeśli mowa o naszej akademii, to od początku jej istnienia tak przepływają i dopłynęły do naszych czasów. Istnieje według mnie kilka podstawowych praw, według których można oceniać (oczywiście w dużym przybliżeniu) utwór plastyczny. Margines dowolności musi być jednak brany pod uwagę.

M. B.: Jakie są wobec tego te podstawowe prawa?

J. S.: Jest kilka, ale są one tak banalne, że właściwie nie ma po co ich wyliczać, mianowicie: prawo równowagi, prawo kontrastu walorowego, kontrastu kolorystycznego, zgodności elementów, celowości użycia elementów, w zależności od celu, ku któremu dane dzieło zmierza. Trzeba brać pod uwagę, że kryteria pochodzą z dzieła, z którym się pedagog styka, tzn. jeśli student przynosi obraz, ja na niego patrzę i mniej więcej orientuję się, w jakim kierunku ten obraz zmierza i co po drodze mu przeszkadza. Jak się jedzie szosą i są wyboje, doły – to wiadomo, że te wyboje przeszkadzają. Trzeba je skasować, to się pojedzie szybciej i dalej. Te elementy, które zakłócają kierunek temu dziełu, ja muszę wytknąć w czasie korekty. A w wystawianiu stopnia właśnie te elementy, które wymieniłem, wchodzą w grę.

M. B.: Czyli to wszystko jest jednak mocno subiektywne…

J. S.: …te prawa, które wymieniłem są intersubiektywne, będąc wspólną własnością grupy, która ze sobą współpracuje. Są zatem subiektywne, ale częściowo tylko, bo częściowo są obiektywne. Jeżeli rysuje ktoś akt, modelkę, jedną rękę krótką, a drugą długą, to oczywiście moją rzeczą jest to zobaczyć, to jest mój subiektywny wkład, ale prawa anatomii są obiektywne, więc to jest takie balansowanie między obiektywnym a subiektywnym. Muszę mieć węch jak u sędziego śledczego, który wytropi przestępcę. O!

Jacek Sempoliński, rozm. Marcin Bugalski, Profesory powiedzieli. Po co malarstwo?, „AeSPe” Gazeta studentów Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie [nr 1, wiosna 1996] s. 6-7

lato 1956

Wyjazd do Niemieckiej Republiki Demokratycznej w związku z udziałem w wystawie „Junge Generation”.

jesień 1957

Przebywał na stypendium Ministerstwa Kultury i Sztuki we Włoszech. Stamtąd wyjechał prywatnie do Paryża.

Ja także byłem w Paryżu w 1957 roku. Ministerstwo przydzielało wówczas stypendia zagraniczne młodym i ja wybrałem sobie – Włochy. Do Włoch pojechałem z Sienickim, Oberländerem i Dziędziorą, ale skorzystałem z zaproszenia ciotki, która mieszka w Paryżu i z Włoch udałem się do Francji.

Tam, jak wszyscy, natknąłem się na informel. Przeraziło mnie to i odrzuciło. Błąkałem się po paryskich ulicach, samotny, wściekły i zupełnie zagubiony. Uważałem, że jestem „przedmiotowcem”, od krajobrazu, martwej natury – a tu dookoła jakieś haniebne wygłupy, kalki wręcz. […] Wróciłem właściwie zupełnie rozbity. Malarstwo włoskie to była moja ojczyzna – ale przecież nie można być współczesnym malarzem, którego fascynuje Cimabue, Giotto, Tycjan. Bo co niby z tym robić? Wpadłem w próżnię.

Jacek Królak, „Arsenał”… jw.

1958

Ponownie wyjeżdżał do Francji i Włoch.

koniec lat 50.

Poznaje Wiesława Juszczaka – historyka sztuki, z którym pozostanie w związku do końca życia.

1958 - 1961

Współpracował z Zakładami Artystyczno-Badawczymi ASP w Warszawie. Był członkiem zespołu Jerzego Sołtana w konkursie SARP na urbanistykę centrum Woli w Warszawie oraz członkiem zespołu projektującego bar „Wenecja” w Warszawie.

IV 1959

Zadebiutował jako krytyk artystyczny w „Przeglądzie Kulturalnym” (1959-1962), publikował też we „Współczesności” (1959, 1961). Kolejnym powrotem do działalności stricte recenzenckiej była wspó