Zbieramy świadectwa, wspomnienia i rozmowy z ludźmi, którzy znali Jacka Sempolińskiego. Dziś publikujemy pierwsze z nich – wspomnienie prof. Pawła Kozłowskiego, socjologa i ekonomisty, brata ciotecznego Jacka Sempolińskiego.
Ojciec chrzestny
Jego dom był najważniejszym miejscem w moim dzieciństwie. W latach szkolnych i początkowym okresie studiów. Mieszkanie wydawało mi się wtedy bardzo duże: hol, salon, pokój sypialny ciotki i wuja oraz oddzielny, wyodrębniony z całości, pokój Jacka. Jacek był moim bratem ciotecznym, a także ojcem chrzestnym. Ta ostatnia rola nigdy nie miała dla mnie znaczenia. Nie odczułem kiedykolwiek, by znaczyła też coś dla Niego. A bliskie pokrewieństwo (Jego matka i mój ojciec byli rodzeństwem) również nie wyglądało tak prosto jak można by sądzić. Różniły nas 23 lata – należeliśmy do odmiennych generacji. On przeżył wojnę, powstanie warszawskie i późniejszy exodus ludności cywilnej, mnie wtedy jeszcze nie było na świecie. On uczył się i studiował wśród ruin naszej Warszawy, a także uczestniczył w rekonstrukcji Starego Miasta (przede wszystkim Rynku Nowego Miasta), ja tam po latach jeździłem z ojcem, by spacerować i oglądać wszystko już (prawie) gotowe. Z perspektywy dynamiki kulturowej należeliśmy do odrębnych pokoleń, Jacek do generacji lat wojny, podczas gdy ja nie doświadczyłem żadnego mocnego przeżycia formacyjnego, tworzącego z moich rówieśników jakąś psychiczną całość. Zdobywaliśmy ją stopniowo na podwórku, w szkole, w mieście i na studiach, ale była to miazga w porównaniu ze skupioną konsystencją pokolenia Jacka. Prawdopodobnie (Jacek by powiedział przypuszczalnie) zarówno moje położenie społeczne, jak i jego miało dużą wagę i wywarło wpływ na nasze życie. Moją drogę pominę, Jego jest tutaj główna.
W domu Jacka pachniało i było ładnie. Czułem świeżą pastę do podłogi, w zimie razem z ciepłym powietrzem, którego źródłem były białe piece węglowe. Wszystko to, zmieszane z zapachem farb olejnych i terpentyny, tworzyło wyjątkową aurę. Jacek wtedy i później mieszkał z rodzicami i dopóki nie dostał pracowni obok Grubej Kaśki, malował w domu. Na Saskiej Kępie, na ulicy Walecznych. W jego pokoju znajdował się niewielki tapczan, stały półki z książkami, był też jakiś stary instrument muzyczny (trąbka), stelaż i przy nim tuby farb, antyczna szafa na ubrania, adapter z dużym zbiorem płyt. Całe mieszkanie było ciepłym ludzkim domem, takim, którego nie sposób opuścić. W holu, pod sufitem, wisiał duży latawiec – ptak z rozpostartymi skrzydłami. Przywiozła go z Chin Zofia Kowalska, przyjaciółka Jacka i jego koleżanka „po fachu” z warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Całą ścianę salonu zajmowały półki z książkami. Ułożonymi różnie, głównie tematycznie – widać było, że służyły do czytania, a albumy do oglądania. Nie do ozdoby. Wysoko, do grzbietu deski jednego z regałów przymocowano maskę Mickiewicza, pośmiertny odlew jego twarzy. Gdy siedziałem i jadłem ulubione szprotki, patrzyłem na niego. Okrągły stół miał jedną nogę, pod oknem stało biurko wuja, przy innej ścianie stary kredens z porcelaną, fajansem i szkłem. To był najważniejszy pokój mojego ówczesnego życia. A może całego.
Oprócz książek były w tym domu stare zegary, pozytywki, antykwaryczne meble i lampy. Wszystko działało, dzwoniło i po nakręceniu grało. Oraz sprzęt fotograficzny ojca Jacka. Wuj Leonard był artystą fotografikiem, należał w młodości do awangardy artystycznej. Po wojnie dokumentował polski pejzaż, architekturę i inne dziedziny sztuki. Twórczość i permanentnie kreatywny stosunek do życia wynikały z nieprzeciętnych cech jego osobowości. Przejął je, genetycznie i kulturowo, syn. Miał ojca bardzo inteligentnego, wszechstronnego samouka, który czytał, oglądał i pracował. Był zaradny, ciągle aktywny, w rodzinnym gronie pierwszoplanowy, w szerszym, towarzyskim, niekiedy nieśmiały. Zawsze dowcipny i błyskotliwy. Jacek miał gęste, lekko kręcone włosy, ojciec też gęste, chociaż proste. Wewnętrznie również niewiele się różnili.
Bywałem tam ze swoim ojcem często. Wieczorami. Niekiedy później zjawiał się Jacek. Siedzieliśmy przy stole, jedliśmy, piliśmy z filiżanek herbatę. Opowiadał kawały, cała trójka dorosłych mężczyzn w tym celowała. A ja się śmiałem. Jacek był mniej płynny w wymowie, ale najbardziej dosadny. Opowiadano anegdotki prawdziwe i zmyślone, polityczne lub płciowe. Jacek uwielbiał te drugie, wyrażał się bez kamuflażu i nie stosował peryfraz. Walił wprost.
Miał wspaniały dom. Mądrych i inteligentnych rodziców o otwartych umysłach, z historycznym bagażem życia wypełnionym w dzieciństwie, ale w pełni samodzielnych. Żyjących kulturą i zapewniających bezpieczeństwo: materialne i psychiczne. Zrośniętych z Polską i złoszczących się na nią. Sami wiemy, jak trudny jest to związek. Dla mnie ojciec Jacka, czyli wuj Leonard był głównym twórcą domu, Jacek za taką uważał matkę. Ona zawsze była kobietą jego życia. Dla męża też. Jacek to szczęściarz. Rodzice go w pełni akceptowali, dyskretnie się nim szczycili, respektowali jego prywatność, a on ich potrzebował jak Anteusz Ziemi.
Gdy umarli, wyprowadził się i sprzedał mieszkanie przy ulicy Walecznych. Byłem poruszony. Sformułował to krótko: nie mogę spać w rodzinnym grobie. Ja teraz, w swoim mieszkaniu, mam tamten stół, dwa niewygodne, ale pamiątkowe fotele i krzesła. Niektóre są ciągle poplamione farbą. Korzystam z tych samych filiżanek i niektórych kieliszków. Wiszą u mnie jego obrazy, ale pochodzące z późniejszego okresu.
Przez kilka lat jeździliśmy razem na wakacje. Oni mnie zabierali. Ten czas wypełniały wspaniałe dni, trwał cztery, a może sześć tygodni. Pierwszy letniskowy z nimi wyjazd do Drohiczyna to najwspanialsze wakacje w moim życiu. Zobaczyłem wtedy kawałek Polski, wuj nauczył mnie na nią patrzeć, a Jacek w niej na co dzień żyć. Zobaczyłem, jak on maluje i jak jego ojciec pracuje. Wuj dokumentował fotograficznie zabytki architektury; dla siebie robił zdjęcia krajobrazowe. Uczyłem się patrzenia, myślenia i nabywałem zainteresowań.
Jacek malował codziennie. Chodził gdzieś w plener z blejtramem i drewnianą kasetką na farby i pędzle. Nosił szare szorty, koszulę wypuszczał na wierzch, podnosił jej kołnierzyk. Najpierw szukał dogodnego miejsca, gdzieś z boku, czasem daleko. Później tam chodził przez kilkanaście dni, zawsze bez towarzystwa. Malował kilka godzin, z reguły po śniadaniu. Niekiedy, rzadziej, też po obiedzie. Nigdy przy nim wtedy nie byłem. Nikt nie był. Wiesiek i rodzice respektowali tę jego samotność, przebywanie tylko z blejtramem i czymś przed oczami. Płótno leżało na ziemi, on kucał, by maznąć pędzlem, i stał, by popatrzeć. Ruchy miał zdecydowane i czasami gwałtowne, co widać na ówcześnie i później powstałych obrazach. Ostatniego dnia plenerowych wakacji wszystko pakował, zawijał w szary papier, obwiązywał sznurkiem, wyraźnie adresował i wysyłał. Sam strzegąc intymności dzieł. Poczta wówczas działała, a jego blejtramy nie mieściły się w niewielkim samochodzie ojca. Kończył poszczególne rzeczy w Warszawie w swojej pracowni. Niektóre płótna uznawał za nieodpowiednie i je niszczył. Nie wiem dlaczego, bo nigdy nie widziałem tych niewłaściwych. Nie zapytałem go o powody zachowania jednych i eliminację drugich, dziś tego żałuję. Wątpię, żeby mi pokazał te zdyskwalifikowane, ale może dokonaną selekcję jakoś by uzasadnił. Nie mogłem również oglądać różnych faz powstawania tego samego płótna. Obrazy nieskończone zasłaniał, opierał frontem o ścianę. Nie wiem, kiedy uznawał je za skończone. Jego systematyczne i ciągłe malowanie wynikało z innego źródła niż obowiązek codziennej pracy głoszony przez członków klasycznej awangardy. Nie był robotnikiem sztuki, raczej jej uczestnikiem, a nawet więźniem. Za jej pośrednictwem chciał zrozumieć świat i siebie.
Nie malował dla pieniędzy ani dla popularności. Uwodził słowami i zachowaniem, ale nie obrazami lub rysunkami. Kiedyś, na wakacjach lub w Warszawie, wyraziłem niesmak z oglądania galanterii pokazywanej w sprzedażnych galeriach. Powiedziałem, że jeżeli dla kogoś pieniądze są najważniejsze, to niech po prostu je maluje. Najlepiej dolary. Wówczas nie było jeszcze pop-artu, albo go nie znałem. Zgodził się ze mną. Początkowo ustanawiał wysokie ceny swoich obrazów – wysokie nie dlatego, żeby dużo zyskać z ich sprzedaży, lecz dlatego, by ich nie sprzedać. Był oburzony, gdy chciano mieć sztukę za cenę lodówki lub samochodu.
Ja kiedyś mało mówiłem, raczej słuchałem, patrzyłem, wąchałem i zdarzało mi się zadawać grad pytań. Jacek dużo czytał, nigdy gazety, zawsze książki. W Drohiczynie miał ze sobą Byrona. Pochłaniał literaturę piękną, klasyków i współczesnych. Codziennie. Lubił i potrzebował. Może zyskałem to od niego, ale na pewno też od jego rodziców i mojego ojca. Dzisiaj zgadzam się z Szymborską, że książka jest największym wynalazkiem ludzkości.
Raz, właśnie w Drohiczynie, przez tydzień mieszkaliśmy w jednym pokoju. Starałem się nie bałaganić, co nie było szczególnie trudne, bo zabrałem ze sobą mało rzeczy. On był wymagający nie tylko pod tym względem. Musiałem, co gorsze, codziennie wieczorem myć nogi! W zimnej wodzie i w miednicy. Znęcał się nad trzynastolatkiem i był bezlitosny. Pociechą było, że on robił to samo. Nie tylko sadysta, ale i masochista. W każdym razie dbał o higienę i porządek. Nie wpadał w pedanterię, bo miał naturalny zmysł ładu. Wiedział, a właściwie czuł, gdzie coś położyć, ewentualnie postawić lub powiesić i co to ma być. Człowiek bogaty w talent codziennego życia. Nadający mu styl, sobie również.
Ubierał się bez ekstrawagancji, lecz niebanalnie. Używał krawatu, wtedy był on obowiązkowy. Z reguły nosił wełniany, zrobiony na drutach. Później robiła mu je Justyna Guze, córka Joanny, jego trwałej, niezawodnej i chyba dopuszczanej do największych tajemnic przyjaciółki. To Wiesiek się stroił, Jacek zachowywał smaczną elegancję. Miał styl i klasę. Promieniował. Gdy siedział lub stał, jak wybitny aktor na scenie, przyciągał uwagę. Podobnie kiedy coś mówił. Czasami zacinał się, ale to nikomu nie przeszkadzało w słuchaniu. Przeciwnie – jego zmaganie z sobą dodawało autentyzmu i zwiększało wagę słów. Później, z latami, pod koniec częściej filozofował i teologizował. Grupowo szukał świętości w kościele. Było to dla mnie nieznośne, rzadziej się spotykaliśmy. Ja zmierzałem w swoim kierunku, on miał inny szlak. Ja stroniłem od Jego drogi, jego nie interesowała moja.
Łączyło nas jednak nadal dużo. Przede wszystkim jego obrazy. Byłem im wierny od początku, a w miarę ich powstawania coraz bardziej. Kiedyś, gdy Jacka już nie było, rozmawiałem o sztuce z Wieśkiem Juszczakiem. W gruncie rzeczy o malarstwie Jacka. Mieliśmy jedno zdanie: podstawą, czy osnową, poważnej sztuki jest tragizm. Niezakłamana świadomość jego istnienia. Podobnie jak serio traktowanej egzystencji, i dodajmy, odpowiedzialnej polityki. Sztuka Jacka jest wypełniona tragizmem, a jego stosunek do życia był z nią spójny. Nie interesowały go pozory ani powierzchnia. Pierwsza warstwa czegokolwiek. Chciał dotrzeć do istoty: świata i zanurzonego w nim ludzkiego losu. Odrzucał fenomenalizm, był esencjalistą. Malarstwo, które uprawiał, traktował jako narzędzie pozwalające na zbliżenie do tego, co jest głębiej. Sztuka mogła się z tego się wyłonić, ale celem nie była ona. Odrzucał również estetyzm, choć przecież dobrze wiedział, na czym polega kompozycja i do czego służy kolor. Nie interesowały go „ładne obrazki”, nie był, jak powiedział Houellebecq, „dekoratorem”.
Jacek z czasem tragizm coraz bardziej ujawniał, w końcu ten tragizm wybuchł. Kiedyś rozmawialiśmy o tym – stawałem się wtedy już dorosły, byłem na studiach. Pamiętam, do czego go namawiałem. Do odwagi, do pójścia „na całość”. Do porzucenia wszelkich konwenansów, do nieuleganiu opiniom krytyków i towarzystwa. Czy będzie to sztuka, czy nie, jest bez znaczenia. Później się okaże. Nie wiem, czy wszystkie moje słowa akceptował. W każdym razie nie oponował. Podobnie jak i te, skądinąd banalne, że maluje się dlatego, że w inny sposób tego wyrazić nie można.
Innego dnia, ale też w początkach lat 70., przypadkowo spotkaliśmy się na Nowym Świecie. Jedną z ulic będących jego codzienną trasą spacerową prowadzącą z domu do pracowni lub w kierunku odwrotnym. Powiedziałem mu kilka słów o tym, co sądzę o konceptualizmie i dlaczego traktuję go poważnie. Nawiązałem do jednej z naszych poprzednich, rzadkich wymiany myśli. Chyba również się nad tym zastanawiał. Zauważyłem, że to ważny nurt, bo dalej jest już ściana. Lub dół. Lub cisza. Nie pamiętam dokładnie wszystkiego, on mówił. W każdym razie nie miał jeszcze ustalonego zdania. Ale podobnie traktował granicę określoną przez konceptualizm. Później przyszły mi do głowy jeszcze inne rzeczy, nie wiem, czy mu o nich wspomniałem. Spotykaliśmy się rzadziej, na wspólne wakacje już nie jeździłem. Stałem się starym bykiem, dążącym do umysłowej samodzielności. Zatem zwróciłem uwagę, że konceptualizm oddzielił proces twórczy od dzieła. I pierwszy raz uznał wprost, że właśnie to pierwsze jest twórczością, a drugie nie ma znaczenia. Wręcz nie powinno istnieć, by nie stać się towarem, czyli rzeczą wymienianą na rynku i przez niego ocenianą. Jacek, jak przed nim (i chyba po nim) nikt inny tak mocno w swoim okresie późnym w ten właśnie sposób tworzył obrazy. Zawierał w nich proces powstawania – mają wyszarpane dziury, zwichrowane płótna, czasami też jego soki. Są świadectwem intymnego, dramatycznego procesu tworzenia i życia. Przetrawił doświadczenie konceptualizmu albo poszedł w tym samym kierunku własną drogą. Nie brakował mu autodeterminacji.
Paweł Kozłowski, wrzesień 2024